Kategorie
Nowości
Informacje
Polecamy
Filipiny



Start 17.01.2016  - rozpoczynamy rok wyprawą na magiczną wyspę Siqujor.

No i zaczęło się....

Szwecja przywitała skandynawskim słońcem i temperaturą -10 stopni. Trzeba się było zorientować jak dotrzeć do hotelu, w końcu to tylko 2,5 km.Zamiarem było iść pieszo,ale okazało się w informacji, że od lotniska nie ma dróg dla pieszych,autobusy tamtędy nie jeżdżą i pozostaje taxi.Cena za ten krótki odcinek wynosić miała 220 koron,czyli ok.110 zł, więc moje wewnętrzne „ja” mocno zaprotestowało.

Zdecydowałem się na spacer poboczem drogi,jak już to mialem kiedyś w zwyczaju w Niemczech...:).

W połowie drogi napotkałem światową świątynię McDonald.A,że Polak głodny to zły,więc zamówiłem dwa chessburgery,herbatkę i chcę płacić, a tu terminal nie przyjmuje karty.Danie gotowe czeka na mnie,kolejka za mną, a tu kłopot.Obsługujaca sympatyczna blondyneczka wezwała managera, który po ustaleniu,że nie mam koron i mogę zapłacić w dolarach, stwierdził,że wszystko jest ok ,życzył smacznego i poszedł do swoich obowiązków.

20 minut później dotarłem do hotelu,niestety trochę za szybko i musiałem poczekać na kod,który otwierał dla mnie drzwi hotelu i pokoju.Kod został dostarczony i wszedłem w przyjemne ciepełko.

W hotelu samodzielna kuchnia,ekspres, lodówka zaopatrzona,czyli jak w domu-zrób to sam.Rano spotkałem człowieka z obsługi,zapytał mnie gdzie zostawiłem auto,bo nie ma nic na hotelowym parkingu,a taksówka żadna gościa nie przywiozła wczoraj ,wiec oświeciłem go ,że nie trzeba poruszać się autem ,aby się przemieszczać... .Rozbawiony moim spacerem z lotniska od razu zaproponował podwiezienie na lotnisko gratis, na co oczywiście przystałem z ochotą.Także teraz lotnisko w oczekiwaniu na lot do Stambułu i dalej do Honkongu.

Start z Goeteborga nastąpił z małym opóźnieniem,ale trzy odcinki Mentalisty i jeden o jakimś holenderskim detektywie skutecznie skrócił czas podróży,gdzie w końcu udało mi się pocieszyć trzewia i trochę zagłuszyć głód.Grilowany kurczak z ryżem,sałatka i deser – fakt mogłoby być tego więcej,ale ….

Istanbuł przywitał mnie cały na biało z padającym śniegiem i porwistym wiatrem.Szybkie przejście do tablic odlotów i okazuję się samolot do Honkongu opóźniony o całą godzinę,czyli znowu czekamy.Dobrze,że gram w szachy to cierpliwość jest w miarę ukształtowana pozytywnie przy takich przypadkach.

Przechodząc koło baru zapachniało mi piwem i nie mogłem się oprzeć, aby nie przechylić kufelka.

Ale jak to często bywa w nowym miejscu frycowe trzeba zapłacić.U mnie to wyniosło 10$ za 0,5 l tureckiego piwa, także uważajcie na takie drobne pułapki,na Siqujor miałbym cały karton za tą kwotę...

Czekam na boarding do Honkongu.

Wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem, ale Boening 777 robi wrażenie -wielka maszyna.

10 godzin lotu minęło na dwóch smacznych posiłkach ,filmach i oczywiście drzemce.W Honkongu samolot wylądował o czasie...??na skróty leciał ?:).Cały czas można było śledzić trasę przelotu na ekranach.Lotnisku w Honkongu to miasto w mieście.Z terminala na, który wylądowalismy musiałem się dostać na drugi koniec lotniska – przemiła Chinka wskazała drogę do pociągu, który zawiózł we wskazane miejsce w 4minuty.Także chodzić nie trzeba...Teraz lot Manili i nad ranem lokalnymi liniami do Daumagette i dopiero później złapię jakiś prom i na wyspę.

Następne wieści już z Siqujor.

Manila przywitała temperaturą 26 stopni w nocy. Szybka odprawa na lotnisku i oczekiwanie czy pojawi się bagaż, który był nadawany w Szwecji .Po 15 minutach tłum odbierających topniał , a plecaka nie widać :).Na szczęście pojawił się jako jeden z ostatnich.

Po wymianie pieniędzy po kursie 47,35 peso za 1$ rozgladałem się gdzie tu są odloty krajowe linii Cebu Pacific ,którymi miałem odlecieć do Daumagette.Okazało się ,że terminal krajowy jest 15 min jazdy taksówką.Więc pierwsze śmiało wydane 280 peso zmieniło właściciela :).

Na lotnisku krajowym masa ludzi, jakby całe Filipiny zmieniały lokalizację.Potężne kolejki do nadania bagażu jak u nas na otwarciach Biedronki... Jako, że nie lubimy kolejek, z głupawą miną typu „ja nie wiedziałem”przeszedłem spokojnie do przodu i odprawiłem się w 15 min. Po tak cennym dowartościowaniu siebie :) stwierdziłem ,że piwko się należy. I tu ciekawostka – piwo ,również 0,5l,tak samo podane,pięknie schłodzone z pianeczką kosztowało 2$, a nie 10$ jak to miało miejsce w Istambule..

Lot spokojny, aczkolwiek pilot wyglądał jakby był w wieku mojej córki i pierwszy raz widział samolot na oczy.Ale to widać pozory...

Lotnisko Sibulan na Daumagette przypominało wyglądem lądowisko z filmu „Pożegnanie z Afryką”.Jeden pas,barak odprawy i to wszystko.

Z pomocą 300 peso i kierowcy prywatnego auta,który oczywiście nie płaci żadnego Zus-u i podatku od cieżko zarobionych pieniędzy przemieściłem się do portu. Na prom o 7.00 już nie zdążyłem ,ale okazało się ,że tego dnia pływa również prywatna linia i to o 8.00 , więc idealnie. W poczekalni siadłem przypadkowo obok ładnej Filipinki, a ta po chwili mówi „ ooo widze ,że razem podróżujemy”.Po chwili już wiedziałem ,że ma na imię Jocelyn, jest studentką 3 roku medycyny,studiuje w Manili, a mieszka na Siquijor. Godzina promem i byliśmy na miejscu.

W końcu... Z domku wyszedłem w sobotę o 5.30 a na miejscu byłem w środę o 9.00,Trochę długo , ale niektórzy czasami tyle z Sylwestra wracają, a mają bliżej :).

Miejscem zakwaterowania jest drewniana piętrówka, mój „apartament” jest I piętrze,od razu myśl przyszła do głowy - „uwaga na powroty z baru – strome schody”.Widok z tarasu jest nieziemski,piasek i pełnia oceanu i spokój jaki płynie z otoczenia.Nikt się nie spieszy, nie pogania nikogo, wygląda jakby wszyscy wszystko mieli głęboko w poważaniu... coś pięknego jakbym trafił do swoich...:)

Prostota wyposażenia pokoju kładzie na łopatki Ikee /chyba poprawnie, co?/, Na środku duże łóżko,obdrapana lodówka,kuchena na gaz i moskitiera oraz wiatrak.

Po odespaniu podróży słyszac rozmowy na mojej kondygnacji,wyłoniłem się ze swojej jamy :).Mogłem jednak z tym poczekać.... okazało się ,że sąsiadami moimi jest Szwed Magnus – niebieski ptak obieżyswiat, od pół roku na Siquijor.szybkie zapoznanie ,mała flaszka rumu rozpita w 20 min i już Magnus zaoferował pokazanie mi ciekawych miejsc w obrębie 100m.

Niesamowite – do 100 m od domu mam dwie knajpy z karaoke,sklepik i benzynę do skuterów sprzedawanych w litrowych szklanych butelkach po CocaColi.

Poszliśmy do jednego z barów, zostałem przedstawiony jako sąsiad,który będzie tu ok.miesiaca.

Wszyscy chcieli się zapoznac ze mną, jakbym był jakąś atrakcją / może jestem , a nie wiem :)/

W tym przypadku polskim zwyczajem przełamałem lody stawiając dwie duże flaszki rumu, co oczywiście jak w każdym miejscu na świecie przysporzyło mi wielu „przyjaciół”.

Nie wszyscy wytrzymali tempa,chyba nie trenują naszej narodowej dyscypliny...:)

Świetny wieczór,doborowe towarzystwo.

Odespałem zapoznanie i wynająłem dzisiaj skuter na cały czas pobytu.Serdeczni koledzy przyprowadzili skuter do domu ,abym broń Boże nie musiał się fatygować gdziekolwiek.

Dostałem kluczyki ,kasku odmówiłem / nie trzeba! / i zaczęło się...

Nigdy skutera nie miałem,więc brak podstawowej wiedzy wystąpił u mnie.Kluczyk włozyłem ,naciskam starter a motor nie chce zapalić! Myśl od razu jedna - „koledzy” z baru przyprowadzili mi zepsuty motor i będą chcieli kase za naprawę. Ale nie – po prostu ja baran, nie znający się na tych prostych maszynach nie wiedziałem ,że przy naciskaniu startera trzeba trzymać hamulec,inaczej nie odpali...:).Po udzieleniu instruktażu przez siostre Lorny / właścicielki domu,która jest obecnie w USA/ ruszyłem w swoją pierwsza dziewiczą podróż na wyspę chłonąc całym sobą każdy przejechany metr egzotycznego końca świata...

 

Objazdówa, czyli zielony ninja.

Skoro podstawy obsługi skutera zostały zgłębione nadszedł czas , aby zrobić rekonesans po wyspie. Dookoła wyspy prowadzi asfaltowa droga /tak piszą w przewodnikach, co oczywiście jak się okazało, mija się z prawdą jak wszędzie/. Wyruszyłem ok.7.30 naiwnie sądząc,że jeszcze takiego słońca nie będzie rano. Przyszłość pokazała jednak inne oblicze.

Pierwsza godzina jazdy to niesamowita frajda,własna maszyna, wiatr we włosach /no tu może lekko przesadziłem...:)/ i energetyczne 50km/h a czułem jakbym busem jechał stówką.

Krajobraz zmieniał się co chwilę, raz śmigałem przez filipińskie wioski, pomiędzy domkami zbudowanymi z „tego co natura dała”,aby zaraz minąć rezydencję z zielonym soczystym trawniczkiem i przystrzyżonym równo żywopłotem. Raz jechałem przez las palmowy,raz brzegiem oceanu.Kilka drobnych postoi na zdjęcia i dalej,dalej....

Po godzinie upał dawał się coraz bardziej we znaki. Zatrzymałem się więc w miejscowaści Lazi z zamiarem zakupu chusty,czapki czegokolwiek. Jedyny market w miejscowości posiadał specyficzne cudo dla ludu podróżującego takowymi pojazdami, a mianowicie kominiarka. Trochę nieufnie przymierzyłem nakrycie,sądząc, że przecież ugotuję się jeszcze bardziej. Nic bardziej mylnego – po zakupie za jedyne 65 peso już po chwili gratulowałem sobie dobrej decyzji. Osłonięta głowa i kark /który i tak wygląda jak kibice reprezentacji Polski/ zbawiennie działało na samopoczucie.

No, ale wyglądałem....w kraju zaraz by mnie zatrzymali...

Zielony Ninja wzbudzał zainteresowanie pędzac na czarnym rumaku z białymi jak mąka nogami :)

W połowie wyspy trzeba było zatankować – 2 litry – 88 peso / średnio możemy przyjąć 0,10 gr za 1 peso/ także nie wychodzi wcale tak tanio....Ale takich różnic jest więcej. W pukcie tankowania, bo stacją nie można tego nazwać obsługa radośnie obsłużyła jedynego klienta w zasiegu wzroku. Zaschło również w gardle i po zadaniu kluczowego pytania co mi mogą zaproponować do picia , opcji miałem co niemiara. Od coli ,mirindy i sprita do piwa,rumu,whisky. Stanęło oczywiście na małym browarku.

Udało się spokojnie objechać wyspę i po drodze do domku zatrzymałem się na zakupy w Siquijor, w markecie co to ma wszystko :).Jako ,że niedługo pora obiadowa się zbliżała organizm zażyczył sobie królewskiej uczty na dzisiaj – czyli ziemniaki z jajecznicą :).I tu w sklepie spotkała mnie niespodzianka.... 2 kg ziemniaków – 128 peso !, butelka rumu – 34 peso / też nieodzowny składnik wszelakich posiłków/,herbata – jedna saszetka – 10 peso :).Wychodzi na to,że lepiej pić niż jeść tutaj.

Siedemnasta, słońce zachodzi i widze z tarasu, że dopiero teraz rybacy wypłynęli na swoich łodziach na połów ryb. 50m od domu mam grill bar i serwują tam wieczorem ryby złowione 2 h wcześniej.

Dzisiaj jeszcze zaproszenie mam od kolegów z baru na jakąś dużą imprezę miejscowość dalej.

Zapewnili mi nawet transport, abym nie musiał zmęczony prowadzić pojazdu. Zobaczymy jak się bawią Filipiny...


Filipiński Chess Master

No i w końcu, udało się złapać kontakt do klubu szachowego, dzięki oczywiście koleżkom od kielicha – jak te nasze kochane żony nie doceniają specyficznych relacji kolegów od flaszki – przecież jak powie ,że załatwi to niech się pali a temat będzie załatwiony.

Przewodnik / prawie asystent – chyba jutro go awansuje/ podjechał do rezydencji/czytaj – stara drewniana szopa/ o 9.00. A mówili,że Filipińczycy mają na wszystko czas, nie spieszy im się i ma ją wszystko w dupie. Może i tak ,ale tak nie działają znajomości barowe...:)

W każdym bądź razie pojechaliśmy do Lareny, do klubu szachowego,gdzie zostałem przedstawiony

jako „my friend from Poland want play in the chess with you „-albo jakoś podobnie brzmiało :).

Filipińczyk, imienia oczywiście już zapomniałem lat chyba ze 150, bynajmniej tak wyglądał :}

pokaszlał,pochrząkał, wytarł krzesło – po warstwie kurzu było widać, że chyba dawno nikt tu nie siedział – to jak oni mają wygrywać....

Zaczęła się pierwsza partia i miałem zamiar troche klienta podpuścić i dać mu wygrać, ale nic z podpuszczania nie wyszło – dostałem sromotne baty,partia przegrana.

Widząc,że niestety nie przelewki, moje skupienie osiągnęło apogeum w następnej partii i tylko oczy mu biegały co się dzieje na desce. To poświęcenie wieży, za chwilę skoczek za trzy piony....normalnie wiatrak z Filipińczyka...:). Aby Was nie zanudzać pięknem kombinacyjnej gry szachowej – powiem tyle – cały dzień , do 17 graliśmy 26 – 12 dla Polski !! Siquijor szachowo padł. Rewanż w poniedziałek o 9.00 – nie mogę odmówić...

Jutro jestem zaproszony do domu Maria – kolegi,który mi pomaga okiełznać rzeczywistość na miejscu oraz mamy zacząć eksplorować góry, tam gdzie żyją szamani... Podobno jest jeszcze plemię w górach, które porywa obcokrajowców....za niektórych chcą okup , a niektórych zjadają...

chyba za dobrze wyglądam jeszcze... mogę się nie załapać na okup....

 Górska eskapada,czyli gdzie jest szaman

Droga wiła się jak zaskroniec, upiększona masą dziur i im wyżej wjeżdżaliśmy tym droga robiła się węższa. Ale widoki, które wyłaniały się za każdym zakrętem po tysiąckroć wynagradzały te niedogodności.

Niesamowite dziewicze tereny, góry porośnięte dziką dżunglą i labirynt ścieżek. Magiczne miejsce.

Jakbyście chcieli się schować przed całym światem, bankowo nikt Was nie znajdzie, nawet poborca skarbowy.

Dojechaliśmy do wsi San Antonio,gdzie podobno jest najwięcej szamanów. Stanęliśmy na chwilę , chciałem zrobić kilka fotek, bo widok był przecudowny. Po chwili czułem czyiś wzrok na sobie, rozglądam się – nikogo nie ma..., a uczucie obserwowania przybiera na sile....Poczułem się przez moment , jak pizza przywieziona na telefon...:).Szaman zamówił, to mu przywieźli obcokrajowca na niedzielny obiadek :)

Ruszyliśmy na szczęście dalej, pnąc się coraz wyżej, aż udało się dotrzec na najwyższy szczyt wyspy. Panorama utkwi na pewno w pamięci na długo.

Z powrotem mój przewodnik wybrał inną drogę, aby jeszcze jedną atrakcję zobaczyć.Drzewo, które jakby się składało z kilkudziesięciu innych połączonych w jakiś niepojęty sposób. A pod drzewem rodzaj małego stawu, w którym pływały tilapie / o ile dobrze zrozumiałem :)/ Włożyłem nogi do wody i po chwili już stadko małych żarłaczy dopadło do mnie. Ale było to na szczęście miłe łaskotanie,także nogi są...:)

Do picia za drobne 30 peso nabyliśmy dwa kokosy.Gość ponacinał w odpowiedni sposób, sporą maczetą i po chwili mieliśmy wyborny napój i poźniej przekąskę w postaci miąższu.

Także wycieczka udana, będę musiał wrócić sam tam, aby spokojnie popstrykać,chyba, że coś mnie wciągnie do dżungli...).



Jak mogłem zostać strażnikiem bankowym

Dzisiaj stawiłem się w klubie szachowym na rewanż. Dojechałem sympatycznie w 24 minuty do Lareny na swym czarnym rumaku z nr 23 / znany nam oczywiście numer – J23 znowu nadaje !/.

Na miejscu moim oczom ukazał się tlum w klubie, całe 4 osoby :) i grałem po kolei z wszystkimi.

Ściągnęli dobrego gracza z innej miejscowości, bo miejscowemu mistrzowi nie bardzo poszło ostatnio...:).Było widać, że bardzo emocjonalnie podchodzą do tej gry i ważą każde posunięcie.

Chyba zalazłem komuś za skórę ostatnio...:).Ten z , którym grałem ostatnio przegrał 3-1,następny 3-2, ale z trzecim graczem, który w milczeniu się przyglądał całej rozgrywce dostałem baty 0-3 i to dwa razy !!

Po moich przegranych nastroję się wyraźnie poprawiły :).

Z okna klubu widziałem bank, a zamiarem moim było wymienić trochę zielonych na filipińską walutę,więc po ostatnich sromotnych porażkach, podziękowałem za grę i poszedłem do banku.

W środku jedna kasjerka i uzbrojony po zęby strażnik.Podchodzę do drzwi,strażnik się jakoś dziwnie uśmiecha...,otwiera...i słyszę „hallo Robert” i tu zdębiałem ! Skąd...jak...??

Okazało się,że razem piliśmy przy stoliku w piątek w Ceasers Palace... ja niestety nie pamiętałem gościa, oni wszyscy jacyś tacy podobni do siebie...:). Nie można było wymienić w tym banku pieniędzy,skierował mnie do Western Union, chwilę porozmawialiśmy i okazało się ,że poszukują strażnika do banku.

Z uśmiechem na twarzy zapytał się mnie czy nie mam ochoty popracować z nim na zmianie :))

Po dalszych informacjach musiałem niestety odrzucić tak intratną posadę z uwagi na wysokość wynagrodzenia – 4600 peso, czyli niecałe 100$ na miesiąc...:)

Później szybki obiadek, zakupy – czyli makaron, jakiś filipiński sos do spaghetti, cola, buteleczka rumu i dwa piwka jabłkowe, więc mamy jedzenia na dwa dni, picia niestety na jeden...:).

Po południu trzeba było zorganizować sobie wycieczkę na rajską wyspe Apo Island. Jeden resort tylko organizuje takie atrakcje z Siquijor, i po zdobyciu informacji z tajnych żródeł udałem się do Coco Grow. No i zapachniało Europą....


Na jutro niestety nie ma co liczyć, bo musi zebrać się co najmniej 12 osób i koszt jest 1600 PHPod osoby,ale trzeba się wpisać na listę i być cierpliwym .Podobno pływają 3 razy na tydzień,więc spoko załapiemy się bankowo / i znowu ten bank...może trzeba było przyjać posadę...:) tylko jak ja bym przeżył , gdzie budżet jest wyliczony na 500 PHP na dzień...dziewięć dni i zęby w ścianę...albo tylko trawa i orzechy z dżungli by pozostały..., a gdzie ulubiony rum Tanduay.../


Także jutro dżungla samotnie....jak nie napiszę jutro to może znaczyć, że zostałem zaproszony na obiad...niekoniecznie w formie gościa...:)

Co by nie było tak różowo, że tu jest życie usłane różami...

Zdarzyły się dwie tragedie.

Człowiekowi,który jechał na motocyklu pękł przedni amortyzator i niestety nie przeżył tego wypadku, widziałem to zajście zanim przyjechała policja i karetka – nie był to krzepiący widok.

Druga tragedia ,bardziej lokalna – znalazłem psa swojego sąsiada u mnie na tarasie...nieżywego...

Ogromna większość, która czyta tą relację ma swoich milusińskich, więc sami wiecie co to znaczy utrata ukochanego zwierzaka....

Trzeba Szwedowi pomóc psychicznie, także jutro w góry na dwóch gazach.... może mniej spali...

Bez stresów... :)

Dżungla niejedno ma imię

Dzisiejszy wypad w góry szczególnie udany, pomimo porannych przeszkód w postaci drobnego deszczu .Localsi niektórzy w kurteczkach przeciwdeszczowych, jakby miało im to zaszkodzić, a to taki jak u nas lekki przelotny deszczyk letni. Słońce za chmurami, temperatura 28 stopni,nie pali w gębę , czyli można śmigać w góry.

Z uwagi na pogodę czapki nie brałem....baran jeden :). Po drodze sporo fotek, kilka filmików w miejscach zasługujących na uwagę i dalej, dalej...

W San Antonio tym razem żaden szaman nie czyhał na mą duszę... / co by mu zresztą po niej...mógłby być zdziwiony...:)/.Im wyżej jechałem w górę, tym bardziej słońce dawało się we znaki, a czapka i zielony ninja zostały w domu...Więc schowałem się na trochę w dżungli. Znalazłem ścieżynkę w głąb i aż prosiło się wkroczyć w nieznany gąszcz....Trochę z duszą na ramieniu, bo czytałem o wiszących na drzewach wężach tutaj i zamiast patrzeć pod nogi to penetrowałem wzrokiem liście palm, co musiało się skończyć upadkiem.

Poślizgnąłem się na jakimś liściu i zjechałem z trzy metry w dół, cały uwalony w rdzawej ziemi :)

Od razu byłem podobny do lokalnego mieszkańca . Ale nic się nie stało,także spoko.

Czarny rumak czekał wytrwale w cieniu dużej palmy. Natrafiłem dalej na wioskę ,gdzie były trzy domy i w jednym coś w rodzaju lumpeksu :), więc za 30 peso stałem się posiadaczem czegoś w rodzaju damskiej chusty ,szala...? Ważne, że założona jak bandana na głowę i od razu samopoczucie lepsze było...:)

Dojechałem do trzystopniowych wodospadów Cambugahay Falls, gdzie stanąłem odpocząć.

Kokos do picia i pełen relaks w cieniu szumiących wodospadów i widokiem na roznegliżowane ,piękne Filipinki...Aż się nie chciało mi stamtąd ruszać...:) A w domu wanna, herbata i 70- letnia sąsiadka...i gdzie tu sprawiedliwość...

Zjechałem z gór,zmęczony , ale naładowany znowu energią, a tu na dole pada i teraz tak solidnie...Zrobiła się barowa pogoda...

Polska kolacja

Noo... to było przepyszne....Spotkanie w gronie rodaków przebywających aktualnie na wyspie mogłoby się nie kończyć. Kilkanaście rewelacyjnych osób o szerokim podejściu do życia i nietuzinkowym nastawieniu do świata. Wśród obecnych byly również osoby, które miały wpływ na decyzję gdzie pojechać. Poczytajcie kilka blogów, naprawdę warto, jeśli ktoś się tym interesuje :

Ucieczka do Raju, Szukając Przygody, Poluzuj.pl czy Niepodrodze.pl.czy milawpodrozyblog.blogspot.com

A za sprawą Kasi i Filipa niesamowite frykasy kulinarne – smażone mielone ,ziemniaczki z koperkiem i mizeria , gołąbki w sosie, wyśmienity tatar z tuńczyka przepisu Piotrka i nieziemski sernik / aczkolwiek sera tam nie ma ani grama /

Niekończace się rozmowy Polaków....tematów co nie miara, opowieści jeszcze więcej, śmiało możemy dedykować ministrowi edukacji zamianę miesiąca geografi na jedno spotkanie z obieżyświatami.

No , ale dobre rzeczy z reguły kończą się szybko, więc po kilku szklaneczkach napoju z gumijagód, czarny rumak, głęboką nocą dostarczył mnie do mego zamczyska, gdzie wejścia pilnował dwugłowy kot...albo widziałem dwa koty... już nie wiem...:)

Dzisiaj dzień na zdjęcia reklamowe, ale trzeba poczekać aż słoneczko trochę odpuści...

Policja na chacie,czyli co za dużo to niezdrowo

A wieczór miał być taki spokojny...zaczęło się niewinnie od jednego drinka z sąsiadem, a skończyło się jak zawsze...:)/ skąd my to znamy/. Siłą rzeczy,skoro idzie się spać później , to i później się wstaje. Ktoś pukał rano, ale zanim nastąpiła komunikacja wszystkich części ciała...to trochę zeszło.

Po jakimś czasie powtórka i niespodzianka !Policjant z siostrą właścicielki poinformował mnie, że kilkukrotnie widział mnie już jeżdżącego bez kasku, a to jest niedozwolone...Grozi karą 5000 PHP, czyli temat nieopłacalny.Także zostałem pouczony, że mam jeżdzić w kasku, b oni muszą dbać o turystów, więc i o moją głowę również...jakby było o co...:).

Jako, że dzień cięzki, organizm potrzebował czasu aby dojść do siebie, więc delikatny obiadek w restauracji,dziś niech się jakiś kucharz wykaże, mi się po prostu nie chciało. Padło na grillowaną barakudę, nie powiem smakowita.

Po obiadku zapadła decyzja – dziś coś dla ciała...:). U niektórych z Was myśli pójdą w innym kierunku, ale nie tym razem :). Spa dla stóp.

Pojechałem kilkanaście kilometrów w ciekawe miejsce gdzie małe tilapie kąsają stopy, zjadając złuszczający się naskórek .Zakupiłem orzecha do picia i rozsiadłem się wygodnie. Włożyłem stopy do wody i … zacząłem podrygiwać jak panienka w tańcu, tak mnie to łaskotało. Musiałem dość komicznie wyglądać siedząc i śmiejąc się do siebie. Po 10 minutach już jakoś mogłem trzymać stopy w wodzie prawie nie poruszając nimi, a małe żarłoki robiły swoje.

Dzisiaj jeszcze wizyta w dyskotece, a jutro rano dalej eksplorować ten uroczy zakątek świata wraz z filipińskim kolegą.


Trochę luksusu na końcu świata

Rano mój filipiński kolega stawił się punktualnie, jakby wbrew opini o luzackim podejściu do wszystkiego.Pojechaliśmy w stronę Lareny, gdzie za Siquijor odbiliśmy w prawo drogą pnącą się ostro pod górę. Po około 300-400 metrach dojechaliśmy do Infinity Heights, luksusowego resortu położonego na zboczu góry,skąd widok jest fantastyczny...

Zamówiliśmy po coctailu owocowym z dodatkiem świeżych liści moringi malunggay i rozsiedliśmy się nad basenem, którego jedna część kończy się nad przepaścią...:) sycąc oczy i duszę niesamowitym widokiem. Współwłaściel i manager resortu Gary, sympatyczny uśmiechnięty człowiek, pilnował pracowników, aby wszystko było jak trzeba, czyli „ pańskie oko konia tuczy..”

Później jeszcze kawka w zacieninym barze z wifi /prawdziwa w końcu, bo na razie to 3w1 na śniadanko idzie, jak oczywiście jemy... bo czasami to trzeba zaczać od obiadu...:)/.

Aż nie chciało się stamtąd ruszać....Genialne miejsce.

Jak zajechałem pod swój „apartament „ to ręce opadły na wspomnienie Infinity.

Dzisiaj grzecznie spać ;), a jutro rano wypływam na Apo Island, podglądać jak to robią żółwie...:), może się czegoś nauczę jeszcze...:)

Apo Island i biała boja

Wyprawa na Apo Island zaczęła o 8.00. Na miejscu byłem pół godziny przed czasem i zdążyłem jeszcze skosztować wspaniałego soku z mango – świeżo zmiksowany... genialne. Towarzystwo jak się okazało miałem przesympatyczne, dwie rodzinki jedna z Francji, druga z Wielkiej Brytanii, trzy laski z Czech, trzy Francuzki, dwie Hiszpanki i jedna Szwedka oraz oczywiście Robin z Toronto :).

Płynęliśmy z godzinkę,chociaż wyspę widzę ze swojego tarasu / jaka szumna nazwa...:)/.Pierwsza akcja po doplynięciu to snoorkeling na terenie gdzie grasują żółwie. Udało się nagrać jednego, nie powiem spore stwory.

Po pierwszych atrakcjach lunch w bajecznej lagunie. Fryteczki, rybeczki, kurczaczki, warzywka i oczywiście napoje w tym piwko. Objadłem się nieziemsko/ jednak jak ktoś zrobi to smakuje lepiej /

Później był czas na relaks w tak atrakcyjnej lokalizacji. Uwierzcie , można odjechać....

Około 14 zbiórka , wypływamy i stajemy niedaleko laguny na następne snoorkowanie :).

Jako,że siedziałem najbliżej barierki , którą otworzyli do zejścia po takim wewnętrznym trapie, byłem pierwszy w kolejce. Ale stwierdziłem, że schodzić ta ja nie będę , tylko skoczę, przecież skakałem już z różnych dziwnych miejsc...:).

I tak się stało... piękny skok na główkę, jak na olimpiadzie i …. kąpielówki niestety nie wytrzymały praw fizyki i elegancko zjechały do kostek, a ku uciesze reszty - ukazała się im biała tylna część ciała, dokładnie jak boje ,które pływały nieopodal. Śmiechu co nie miara, ale przynamniej część rozrywkowa była zapewniona przez polską część wypadu...:)

Dzień gospodarczy i mokra d...

Po wyprawie na Apo niestety nie doceniłem słońca, które w podstępny sposób dobrało się do mnie,ukrywając się nieco za chmurami i rankiem przed lustrem stał śliczny czerwony raczek...:)

Siłą rzeczy był więc czas na odpoczynek od wypoczywania :). na pierwszy rzut miało iść pranie,ale mój nieoceniony sąsiad Magnus wtajemniczył mnie w arkana tejże czynności tutaj, a mianowicie 50 PHP i starsza kobieta prała ręcznie w oceanie, co ciekawe po dwóch godzinach dostałem pachnące prawie suche ubrania. I co wy dziewczyny narzekacie,że to taka ciężka robota... luzik...:) .

Także pranie zrobione, czas na obiad. Jako, że czasu na zrobienie było dużo, więc wyprawa do miasta po jakieś mięsiwo, trochę mi już brakowało świeżyzny...:).

W Siquijor w markecie, na najniższej kondygnacji oczom mym ukazał się ogrom poćwiartowanych świniaczków. Mięso porozwieszane na hakach, wszędzie kafelki, żadnego sanepidu i jakoś wszyscy żyją . Zakupiłem coś około 1,5 kg, solidny kawał mięsa, więc już rosołek z wieprzowinką chodził po głowie. Trochę ponad godzinka gotowania plus tochę papryczek ,cebuli i wyszedł coś a'la rosół z ogromną dawką mięcha.

Później oczywiście drineczek po obiadku na tarasie, a tu nowi sąsiedzi przybyli. Przerobiłe już tutaj sporo nacji , byli Francuzi ,sympatyczny Ray z Simone, szóstka młodzieży z Chin, parka Australijczyków, później dwóch czubów Izraela co ciągle słuchali głośno jakiejś męczącej muzy a teraz znowu się pojawiła para z Nowej Zelandii. Rotacja obok nieziemska , tylko my z Magnusem cały czas na miejscu uskuteczniamy wieczorne opowieści polsko – szwedzkie.

Najważniejszych słów już go nauczyłem , wymawia bezbłędnie z dobrym akcentem...:)

Dzisiaj wymyśliłem sobie wycieczkę do jaskini Cantabon. Coś nie mogłem się zebrać, coś mówiło, zostań ,jutro też jest dzień..., ale nie – jadę. I trzeba było zostać....

Do Cantabon jest około pół godziny jazdy skuterkiem po górach,ciągle wspinamy się wyżej i w 3/4 drogi złapał mnie tak ulewny deszcz, że nawet z bielizny można było śmiało wyżymać masę wody.

Także trzeba było zawrócić, a że woda w połączeniu z pędem wiatru jadąc motorkiem daje efekty wiadomo jakie, to dojechałem do domu zmarźnięty....w lutym na Filipinach....

Na rozgrzewkę poszła cała buteleczka Tanduay i temperatura wróciła do normy...:}

Co jutro, zobaczymy...chyba wstanę wcześniej , aby mieć więcej czasu na nic nie robienie...fajne zajęcie...:)

Kolacja, insekty i białe plaże

Jako,że Polacy są dżentelmenami i doceniamy poświęcenia kobiet z naszego otoczenia, przyszedł czas na mały rewanż dla przesympatycznej Margarity, która nie raz służyła mi pomocą w różnych sprawach. Zaproszenie na kolację zostało przyjęte z wielkim „woow” i wieczorkiem zasiedliśmy przy stoliku na plaży w Coco Grow, największym reprezentacyjnym resorcie na wyspie.

Smakowite filety z ryby nie znanej mi bliżej w czarodziejskim sosie doskonale łechtały kubki smakowe. Do tego przepyszne coctaile z mango i bananów dopełniły ucztę. Świece na plaży przy zachodzącym słońcu zrobiły atmosferę dosyć romantyczną...:)

Po powrocie do domku,wziąłem się za zgrywanie zdjęć. Na tarasie światło zapalone, w pokoju półmrok... i oczom mym nagle ukazał się wspinąjącv się po zasłonie spory robak, wielkości pudełka zapałek..! Nie powiem, ciarki trochę mnie przeszły....paskudnie wyglądał, ale mężnie stanąłem do walki i po chwili przeciwnik leżał martwy na plaży. Mając nadzieję ,że to jednorazowa przygoda, wszak w domu pełno jest gekonów, które biegając po moich ścianach wytrwale tropią takie osobniki, co jest ich wielkim przysmakiem, wróciłem do zdjęć.

Nagle... jak nie runie coś na dach... słychać było , jakby wielki kocur spadł bezwładnie na dach i po chwili odgłos ,jakby połączenie ryku osła z papugą,szamotanina jakaś nad drzwiami, normalnie istntny kocioł. Trochę pośladki mi się spięły....:), środek nocy, a tu takie ekscesy...Wychyliłem główkę zza zasłony... ostrożnie...:) i zobaczyłem nad moim oknem wielkiego gekona , wielkości właśnie niedużego kota , który czaił się na coś. Wpatrywał się nieruchomo w jeden punkt – spojrzałem za jego wzrokiem i zauważyłem obiekt jego zainteresowań – jeszcze jeden robal, tylko, ze troche większy jeszcze... próbowal się dostać do pokoju...Po chwili to tym razem gekon załatwił sprawę na dobre.:)

Po takich nocnych wrażeniach, rankiem studiując plan wyspy dopatrzyłem się małej klimatycznej plaży z białym piaskiem - Kagusuan Beach. Dobre pół godziny drogi, jadac z zawrotną szybkością 60km/h i byłem na miejscu. Zejście ze skarpy,gdzie pozostawiłem rumaka i oczom mym ukazał się rajski widok białej plaży, małych grot ukrytych wśród skał ,dających przyjemny cień i lazur morskiej toni....Prześliczne miejsce. Troche zdjęć , kilka krótkim filmików do montażu i z powrotem.Po drodze zakupy,czyli mango, kurczak i cztery piwka do jutra powinno wystraczyć, bo w lodówce tylko butelka Stumbrasa / jeszcze pełna !/, lód i dwie cebule, także zapasy są...:)

Kierownik budowy

Jakoże znajomość z sąsiadem Szwedem Magnusem przeszła już na wyższy, przyjacielski stopień zostałem poproszony o dopilnowanie prac wykończeniowych w pensjonacie obok,który jest własnością Magnusa i jego mamy, czyli inwestorki. Magnus musiał jechać odebrać mamę z Daumaguette, a tu jeszcze huk roboty zostało. Filipińczycy generalnie wiedzieli co mają robić, ale chodziło o jakość, aby w tym pośpiechu nie odwalili jakieś fuszerki. Także miałem mieć oko na to...:).

Problemów żadnych nie było, zdążyliśmy razem / jak to ładnie brzmi :) / pomalować ściany i powstawiać drzwi do pokoi.

Mama przyjechała z Magnusem nieco „zmęczona” długim lotem ze Szwecji, bo wspomagała się przez cały czas podróży. Ma kobitka zdrowie ,67 lat na karku, a żwawa jak nastolatka :).Więc oczywiście przywitanie ,zapoznanie, wizytacja na budowie i …. party ciąg dalszy. Tańce na plaży,ognisko i zimne piwko...no a później jeszcze impreza w The Sylvia jak co sobotę...wyspa niekończących się imprez.....

Dzisiaj niedziela, trochę odpoczynku i już na 15 na urodziny naszej polskiej koleżanki . Party urządzamy na pięknej plaży Paliton Beach / wszędzie wolno, poza prywatnymi plażami, nie tak jak u nas – tylko w wyznaczonych miejscach :)/.Więc znowu ciężki dzień ….

Urodziny Zosi

Noo, na takich urodzinach jeszcze nie byłem....Impezka odbyła się na ślicznej , małej plaży Paliton Beach.Niektóre dania zostały przygotowane w domu Ucieczki Do Raju, przez Milę – mistrzynię przyrządzania rarytasów ze zdrowej żywności a na plażę zabraliśmy świeże ryby do grilowania.

Rozłożyliśmy się w cieniu skał mając do wody 5m....Pierwszego drinka dostałem do oceanu, siedząc wygodnie w chłodnej wodzie...przez kolegę z Torunia...! Przesympatyczne małzeństwo również po raz kolejny przybyło na tą magiczną wyspę.Trzeba było prawie 17 000 km, aby się poznać, chociaż mieszkamy od siebie 4 km...:), Większość z nas przybyła skuterami, ale Monia z Marychem – kajakiem !. Smażone tuńczyki,genialne steki wg receptury Piotrka ,ktory na temat ryb wie wiecej od Magdy G. ,wyśmienite sałatki, polska wódka i niezastąpiony lokalny rum wprawił ekipę w świetny nastrój. A wszystko to jeszcze w ostatnich promieniach złocistego słońca, które powoli skrywało się za górami na Negros....

Zaczął się przypływ więc musieliśmy zmienić lokalizację przenosząc się 200 m dalej,tak ,aby woda nam nie podeszła pod siedzenia – wszak wszystkich na jednym kajaku nie zmieścimy :). Rozpalone ognisko tworzyło niezwykłą oprawę do opowieści z różnych stron świata, w końcu ucztowała grupa obieżyświatów...:). Pieczone ziemniaki smakowały jak najwyśmienitsze danie w prestiżowej restauracji. Dopiero po północy w wyśmienitych nastrojach rozjechaliśmy się :) do domów, odpocząć po tak niezapomnianych urodzinach prześlicznej jubilatki.

Cantabon Cave

Udało się zebrać 10 – osobową grupę naszych rodaków i w takiej sile pojechaliśmy eksplorować najbardziej znaną jaskinię na wyspie. Pnąc się coraz wyżej w wulkaniczne góry, poprzez palmowe lasy, w 30 stopniowym upale po pół godzinie byliśmy na miejscu. Dopełniliśmy formalności wpisując się na listę, każdy z nas otrzymał kask i latarkę. Cenowo nie było źle – zapłaciliśmy za wszystko 1700 PHP, czyli po 170 PHP na głowę. Wszystkie cenniejsze rzeczy mieliśmy schować do plecaków, bo na trasie woda będzie sięgać miejscami do pasa. Tak przygotowani ruszyliśmy za naszą przewodniczką do jaskini. Wiedzieliśmy, że trzeba mieć obuwie z twardą podeszwą, a tu nasza przewodniczka idzie z nami w klapeczkach i kwiecistych spodniach jakby od pidżamy :).Wejściem do jaskini okazała się nieduża szczelina w skałach i od razu prowadząca w dół. Podzieleni na małe grupy wkroczyliśmy w podziemny świat Siquijor.

Pięknie wymuskane przez wodę i powietrze korytarze prowadziły nas coraz dalej w głąb góry. Trzeba było iść bardzo uważnie, patrząc dokładnie gdzie stawiać stopy, bo chwila nieuwagi i lądujesz na ostrych skałach jaskini. Widoki ukształtowane przez naturę syciły oczy swym pięknem.... i nic nie zapowiadało nieprzewidzianych wydarzeń...

Do połowy drogi nagrywałem kamerką jakie to karkołomne figury trzeba miejscami wykonywać, aby przemieścić się dalej. Ale później....najpierw coraz więcej krótkich odpoczynków, wyszedł kompletny brak przygotowania fizycznego, a później zaczęło mi normalnie brakować powietrza. Jaskinia miejscami zwężała się bardzo i trzeba było iść prawie na czworakach. Jak doszliśmy do końca trasy, byłem już solidnie wyczerpany. Głowa do wody i piłem jakbym dzień przez pustynię wędrował. Temperatura ciała zaczęła niepokojąco wzrastać i doszły lekkie zawroty głowy....a tu trzeba wracać....grupa czeka....Po niedługim odpoczynku ruszyliśmy z powrotem, ale już po chwili musiałem znowu zatrzymać się.Grupa poszła do przodu, a ze mną zostało dwóch kolegów Piotrek i Norbert / spec grupa od ratowania emerytów żądnych wrażeń...:) / oraz jedna z przewodniczek. Szliśmy powoli, często się zatrzymując, obmywałem co chwilę twarz, ale pomagało tylko na moment. Norbert zauważył,że paruje ze mnie niesamowicie, dotykając twarzy można było śmiało smażyć jajecznicę. Zdjąłem koszulkę i już teraz cały się polewając wodą co chwilę zbijaliśmy temperaturę posuwając się krok po kroku naprzód. Piotrek szedł przede mną pomagając mi się przedostać przez szczeliny w trudniejszych momentach, a Norbert asekurował mnie z tyłu, polewając mnie wodą. Im bliżej wyjścia tym samopoczucie wracało do normy, a widok kawałka nieba jeszcze nigdy mnie tak nie ucieszył. Także specjalistą od eksploracji jaskiń to nie zostanę, ale odznaka grotołaza się należy...:)

 

 

 

 

 

 

 



<span style="font-size: 11pt

Bestsellery
Promocje
Koszyk
...jest pusty

 
Robert Politowski
+48 537 104 997
r.politowski@robinpol.pl



Akceptuję
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.